sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 99

Nadszedł ten dzień kiedy miała przylecieć Elena. Logan miał jechać po nią na lotnisko za dwie godziny, Marla w tym czasie kończyła przygotowywanie jej pokoju. Była dość przejęta. Wczoraj mąż opowiadał jej tysiące niepokojących informacji na jej temat. Nie chciała o tym myśleć. Wciąż zapierała się, że to było kiedyś. Byli młodzi i niedojrzali. Jej przyjazd przeżywała bardziej niż sam Logan. Ten podszedł do tego dość sceptycznie. Szatynka chciała wywołać dobre pierwsze wrażenie. W końcu to była jedyna kuzynka Logana i będzie tu mieszkać przez jakiś czas. Potrawa, którą przyszykowała na dzisiejszy obiad jeszcze dochodziła do siebie. Szybko poszła do łazienki. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Logan! Otwórz! Jestem w łazience!- krzyknęła.
- Już idę!- brunet podbiegł do drzwi. Nacisnął na klamkę.
- Logaaaaan!- przed drzwiami pojawiła się ładna dziewczyna. Jej promienna cera idealnie komponowała się z burzą wiśniowych loków opadających na piersiach. Tęczówki przypominały kolor ciemnych rodzynek. Pod zadartym noskiem widniał szeroki uśmiech. Wesołe kości policzkowe dodawały uśmiechowi szczerości. Od całej jej osoby emanowało mnóstwo energii. Miała na sobie turkusowe leginsy imitujące jeansowy materiał oraz zwiewną, mleczną bluzkę z dekoltem w łódkę. Rzuciła swoje bagaże i rozpostarła ramiona, aby uściskać bruneta.
- Elena?- zawahał się Logan w uściskach kobiety. Jej nowy image zupełnie ją zaskoczył . Mógł się spodziewać, że znowu zmieni fryzurę, ale ona zmieniła się w pełnej krasie. Znacznie schudła. Uśmiechała się non stop swoim rzędem równych ząbków, innych niż wcześniej. Puściła go z objęć.
- Nie poznajesz siostrzyczki?
- Nie poznałbym cię gdybyś się nie odezwała.- podrapał się po głowie jeszcze raz lustrując ją wzrokiem.
- No co ty.- pozwoliła sobie wejść targając dwie walizki. Logan szybko jej wziął od niej.- Niewiele się zmieniłam.
- Miałem przecież jechać po ciebie na lotnisko.
- No tak. Pomyliłam się z godzinami. No i suprajs!- w tym samym czasie Marla wyszła z łazienki.- A ty to jesteś pewnie żona Logana, Maria.
- Marla.- poprawiła ją. Uścisnęły sobie ręce.
- Ach tak! Przepraszam.- rozejrzała się wokół.- Jejuśku! Jak wy sobie tu ładnie mieszkacie… To już dwa lata, co?
- Rok.- znowu ją poprawiła.- A raczej prawie rok. Czekamy na rocznicę.- uśmiechnęła się.
- Sorry, ale jestem trochę nieogarnięta.- położyła torebkę na krześle.- Jak ten czas szybko leci. Jestem wykończona podróżą.
- Zrobić ci coś do picia?- zapytał Logan.
- Macie mleko sojowe?
- Nie, ale mogę skoczyć do sklepu.- zaoferował.
- No to ubieraj kurteczkę i pędź. Poczekam na ciebie.- odpowiedziała. Logan za jej plecami spojrzał na Marlę z miną: A nie mówiłem.- Albo wiesz co? Zatrzymaj się. Nie musisz się tak trudzić. Nie pogardzę też wodą z lodem.
- Proszę.- szatynka szybko wręczyła jej szklankę z wodą.
- Ach, gracias.- wypiła duszkiem. Elena przyjrzała się jej uważnie. Marla poczuła na sobie je wzrok.- Ładna jesteś. Logenowi się poszczęściło.- wstała i ją uścisnęła.- Sądzę, że zostaniemy wkrótce przyjaciółkami.- to się stało tak szybko, że dziewczyna nie zdążyła zareagować na słowa wiśniowłosej.
- Elena, pokażę ci twój pokój.- wtrącił Logan.- I nie mów do mnie Logen. Wiesz, że nienawidzę jak przekręcasz moje imię.
- Najpierw weź mi ty pokaż łazienkę, bo wezmę się kuźwa posikam.- brunet wskazał jej palcem drzwi. Szybko za nimi zniknęła.
- Wygląda trochę inaczej niż ją opisywałeś.- szepnęła mu na ucho żona.
- Ja też nie spodziewałem się, że aż tak się zmieni. I jak tam pierwsze wrażenia?
- Cicho to tu nie będzie. Jest strasznie wygadana. I żywiołowa. Fajna…- podsumowała.
- Oby nie było z nią problemów.
- Nie jest zła.- dodała.- Tylko specyficzna. Nadal nie widzę podobieństwa między wami.
- Już jestem!- wróciła Elena.
- Chodź pokażę ci dom.- Logan położył jej rękę na plecach i skierował na górę.

Nadeszła pora na obiad. We trójkę zasiedli do stołu.
- Już zaraz coś zjecie.- poinformowała ich Marla gdy wyciągała naczynie z piekarnika.
- Super.- Elena zatarła ręce.- Umieram z głodu. Raz byłam taka głodna, że jadłam śnieg. Pamiętasz Logan? To chyba u ciebie.
- Tak.- przytaknął.- A potem celowo wylałem na niego oranżadę, abyś pomyślała, że zjadłaś obsikany śnieg. Pobiegłaś do łazienki z płaczem. To był jedyny moment kiedy widziałem cię w takim stanie. Musiałem się zemścić za te wszystkie krzywdy.
- A pamiętasz co było potem?
- Co było?- wtrąciła Marla.
- Przybiła mnie gwoździami, przez moje ubrania, do starej szopy.- odpowiedział za nią.
- Kurczak gotowy!- szatynka wyłożyła danie na stół.
- Kurczak?- jęknęła kuzynka.
- Jest jakiś problem?- spytała.
- Nie jem mięsa.- odpowiedziała wprost.
- Pamiętam, że je uwielbiałaś.- dodał Logan marszcząc brwi.
- Ale już nie jem. Nie widzisz jak wyglądam? Przeszłam na specjalną dietę.
- Na szczęście mam jeszcze sałatkę.- Marla położyła przed nią wielką miskę sałatki.- Częstuj się.
- Dzięki.- nałożyła sobie sporą porcję.
Kiedy jedli, rozmowa dalej się toczyła.
- Opowiedz co tam się u ciebie działo przez te ostatnie lata.- powiedział Logan kiedy przełknął kawałek kurczaka.
- Życie jak życie. Nic ciekawego, choć potem na pewno mi się przypomni multum historii. Teraz zostałam ze złamanym sercem. Ten tępak Tom, którego raz miałeś zaszczyt poznać, zdradził mnie z moją przyjaciółką. Myślałam, że powyrywam tej zafałszowanej larwie wszystkie kudły i przerobię na szczotę do kibla, abym mogła pałać się tym widokiem w nieskończoność jak spuszczam ją w towarzystwie wody sedesowej.- mówiąc to zacisnęła zęby i wbiła ze zgrzytem widelec w liść sałaty z miną mordercy.- Ale obiecałam sobie, że nie będę już wyżywać się na ludziach, więc po prostu dostała po mordzie, a Tom po swoich małych klejnotach.- westchnęła. Marlę wmurowało. Zabrakło jej słów.
- Aha…- Logan rozwarł wargi patrząc na dziwne zachowanie Eleny. Postanowił szybko zmienić temat.- A jak ci szło na studiach?
- To było coś czym może w dzieciństwie nie interesowało mnie. Dopiero po liceum odkryłam tę pasję. Na początek mama odradzała mi ten kierunek.
- Przecież architektura to dobry zawód. Zawsze miałaś bujną wyobraźnie, więc dlaczego nie?
- Też jej to mówiłam. Tata jak zawsze zgadzał się ze mną. Jak on to mówił: Jeśli moja córcia chce zostać architektem wnętrz to niech nim zostanie.- sparodiowała głos wujka Logana.
- Wnętrz.- powtórzył dość wyraźnie brunet. Tego nie wiedział.
- Tak. Fachowo jest to architektura, ale większość i tak myli to z projektowaniem. Może to zależy od miejsca? Ponieważ byłam najlepsza na roku, wysłano mnie tutaj do LA na specjalny staż. Jak mogłam tego nie przyjąć? Jeśli zlecenie, które wykonam im się spodoba, dostanę tu pracę na stałe.- wzięła łyk wody.- Ciągle paplamy o mnie. A wy to co?- zerknęła raz to na nią, raz to na niego.-Planujecie dzieci?- na te słowa Logan zakrztusił się kawałkiem mięsa.
- Logan!- szatynka zaczęła klepać go po plecach.
- Przepraszam na moment.- odszedł od stołu prosto do łazienki.
- Powiedziałam coś nie tak?- spytała Elena.
- Nie jesteśmy jeszcze gotowi na dzieci…- podrapała się po głowie.
- Rozumiem. Ach, bardzo chciałabym zostać ciocią.
- Wszystko pod kontrolą.- Logan wrócił do stołu.
Resztę dnia spędzili na dalszych rozmowach.

Kiedy James otworzył oczy, zdał sobie sprawę, że spał na kanapie w salonie. Spojrzał na zegarek, a następnie złapał się za głowę. Już po trzynastej?- powiedział swoim wewnętrznym głosem. Przetarł delikatnie powieki. Złapał za telefon, który leżał obok opróżnionej butelki wina. Po chwili do jego uszu doszedł szczekanie Foxa, który ożywił się nerwowo kiedy jego pan wstał. Nasypał mu szybko karmy do miski i zostawił uchylone drzwi, ponieważ nie miał ochoty na spacer z psem. Usiadł zmęczony mierzwiąc swoje włosy. Podniósł następnie głowę, a w oczy rzuciła mu się mała komódka. Przyglądał się jej z lekkim przestrachem. Zastanawiał się czy podejść tam czy nie. Tak długo wytrzymał nie zaglądając tam. Myślał, że dał radę. Jednak to było silniejsze od niego. Złapał za uchwyt i pociągnął w swoją stronę. Wyjął stamtąd fotografię i natychmiast uśmiechnął się pod nosem. Przejechał po niej palcem mając nadzieję, że może w ten sposób poczuje bliskość tej osoby, ale tak się nie stało. Po czasie do ręki wpadł mu pognieciony kawałek papieru. Rozprostował go jeszcze raz, lecz nie przeczytał. Dobrze wiedział co tam jest napisane i nie chciał czytać tego jeszcze raz.
- James?- nagle w mieszkaniu pojawił się Carlos.
- Co ty tutaj robisz?- spytał.
- Chciałem zapukać, ale drzwi były otwarte.- chciał zacząć swój temat, ale zobaczył rzeczy, które trzymał James. Ten machinalnie schował je z powrotem do szafki.- Co to było?
- Nic...- wbił wzrok w podłogę.
- James.- podszedł do niego.- Widziałem. Czemu nadal to trzymasz? To tylko tobie szkodzi. Pozbądź się tego. Spal.
- Nie mogę.- jęknął robiąc żałosny wyraz twarzy,- Nie mogę...
- To ja to zrobię.- zadeklarował się.
- Nie!- podniósł głos, jednak szybko się uspokoił.- Przepraszam.
- Czy ty nie rozumiesz, że to wszystko nie ma sensu jeśli o niej nie zapomnisz? Po co trzymasz jej zdjęcia? Po co trzymasz to wszystko? Twoje serce jest pełne ran. Z czasem się zagoją, lecz gdy otwierasz tę szafkę, robią się na nowo. Kiedy robisz postępy, znów wracasz do przeszłości. To błędne koło. Byłeś dziś u terapeutki?
- Nie byłem. Wstałem niedawno.
- Widzę.- spojrzał na butelkę wina. Zapadła cisza.- A może ty nie chcesz o niej zapomnieć?
- Ja ją nadal kocham.
- Oprzytomnij.- spojrzał mu prosto w oczy.- Ja rozumiem, ale ona nie wróci. Skoro ci to zrobiła to nigdy cię nie kochała. Nie tak bardzo jak ty, więc nie jest tego warta. Ty o niej myślisz, ona o tobie teraz nie. Jaki jest sens chodzenia do tego terapeuty w takim razie? Przecież myślałem, że chociaż pomoże ci przestać myśleć o niej.
- Może i pomógł, że nie myślę o niej cały czas, ale zawsze będę ją pamiętał.
- Wiesz czego ty potrzebujesz?- spytał już z lepszym humorem. James pokręcił tylko przecząco głową.- Dziewczyny.
- Boooże Caaarlos.- wywrócił oczami.- Mogłem się domyśleć. Ile jeszcze będziesz to powtarzał?
- Ale to prawda. Musisz się na nowo zakochać.
- Już nigdy nie pokocham nikogo tak samo jak ją. Taka miłość jest tylko jedna. Znam już chyba całe to miasto. Nagle nikogo nie spotkam i nie będzie z tego wielkiej miłości. Takie jest życie. Może lepiej będzie nie pakować się w nic innego. Nie będę musiał wtedy cierpieć.
- Chcesz być sam do końca życia? Ty? James Maslow? Jeden pyk i już wyrywasz laseczkę.
- To było kiedyś.- westchnął.- Teraz nie jestem tym samym Jamesem co kiedyś.- odwrócił się opierając ręce na meblu.- Zmieniłem się, ale teraz czuję, że coś we mnie umarło. To jest straszne uczucie czuć w sobie te obce...coś. Nie wiem jak to nawet nazwać. Jestem, żyję, ale nie mam z tego żadnego szczęścia.
- A my? Przyjaciele?
- Wiesz o co mi chodzi.- odparł.- Cieszę się, że was mam. To jedyna rzecz jaka mnie jeszcze tu trzyma. Ale wy macie też swoje życia. Ty i Logan macie żony, Kendall się oświadczył... a ja stoję w miejscu. Patrzę jak wszystko wokół mnie się rusza, ale nie ja sam. Ani kroku w przód...
- Oj, poetycka filozofia się zaczyna. Chodźmy stąd. Rozerwiemy się przy piwku. Nie akceptuję odmowy.- uśmiechnął się. Jamesowi lekko uniosły się kąciki ust. Zgodził się. Tak jak powiedział jego przyjaciel, nie miał innego wyboru, a dobrze wiedział, że ten nie odpuści.








* No i poznaliście Elenę. Jej buźka widoczna będzie w zakładce z Bohaterami z samego rana gdy dosiądę do kompa. Dzisiaj króciutko. W sumie nie mam głowy teraz do pisania. Jestem padnięta. W informacjach po prawej znajdziecie linka do pewnej rzeczy huehue :)
Do środy :*


środa, 10 grudnia 2014

Rozdział 97 i 98

Carlos obiecał Marli kilka dni temu, że zostawi Jamesa w spokoju… Dopóki nie dowiem się prawdy.- dopowiadał w swojej głowie. Nadal nie wiedział kim jest tajemniczy mężczyzna, który codziennie gości u Jamesa. Carlos zastanawiał się, że już dawno mógł by go przedstawić reszcie. Gdy się zapytał kto to jest, szatyn odpowiadał Znajomy i szybko znikał. Nie dawało mu to spokoju. Jednocześnie karcił się wewnętrznie, że jest taki wścibski oraz natrętny.
Na zegarku dochodziła godzina siódma. Latynos był już przygotowany na odwiedziny nieznajomego. Tym razem obserwował tak, aby James z Alexą nie zorientowali się. Czekał na odpowiedni moment. Patrzył jak ciemna postać wchodzi do mieszkania sąsiada. Odliczył sobie równe pięć minut i wyszedł po cichu z mieszkania. James zazwyczaj zostawiał otwartą furtkę, tak było też dzisiaj. Zakradł się jak złodziej na posesję swojego przyjaciela. Przeszedł naokoło domu, aby zerknąć przez okno tarasowe. Widok nie był w całości widoczny, ale zawsze było to coś. Carlos wytężył swoje ciemne oczyska. James i tajemniczy gość siedzieli tyłem na kanapie.
- Oni piją razem wino?- mruknął do siebie chłopak kiedy zobaczył jak degustują czerwony alkohol.
James obejmował nieznajomego. Coś do niego mówił uśmiechając się. Dla Carlosa była to nietypowa sytuacja. Dziwne myśli przeszły mu przez głowę.- To przecież nic nie znaczy…- zmarszczył brwi. Nie mógł wnioskować pochopnie. Może tak to tylko wygląda.
Nagle James wstał i zaczął ściągać z siebie wierzchnie warstwy ubrań. Latynos zląkł się, odwrócił na pięcie i z przerażeniem wrócił do swojego mieszkania. Nie wiedział czy chce nadal to oglądać. Źle się poczuł. Ze skrzywieniem na twarzy usiadł na krześle już w swoim domu. Alexa właśnie wróciła z pracy. Kiedy zobaczyła swojego męża z miną jakby wąchał przed chwilą fekalia, parsknęła śmiechem.
- Z czego się śmiejesz?- spytał.
- Z ciebie głąbie.- uśmiechnęła się.- Przejrzyj się w lustrze. Zobacz jak wyglądasz.- Carlos nawet nie drgnął. Alexa domyśliła się, że coś poważniejszego chodzi mu po głowie.- No dobra! Co cię dręczy.
- A jeśli…- zawahał się nad udzieleniem odpowiedzi.- A jeśli ten tajemniczy, który ciągle tu przyjeżdża to…- urwał.
- Wydusisz to w końcu z siebie?- przysiadła się rzucając torebkę.
- A jeśli oni się razem… spotykają?- Spojrzał na nią badawczym spojrzeniem.
- No ty chyba oszalałeś!- blondynka nie mogła ukryć swojego zdziwienia. Jego słowa ją zszokowały. Nie wiedziała, że będzie w stanie podejrzewać o to swojego przyjaciela.- Ja chyba też cię zapisze do terapeuty. Skąd w ogóle taki pomysł?
- Widziałem jak siedzą teraz na kanapie złobiąc wino i się obejmowali…
- To nie znaczy, że… zaraz. Jak to widziałeś?
- No…- Latynos nie chciał się zdradzić z tym, że go szpiegował.- Przez szybkę w drzwiach wejściowych zauważyłem. Chciałem wejść, ale się szybko powstrzymałem.- sięgnął ręką pleców i nerwowo się podrapał.- No nie ciekawi cię to?- spytał wprost.
- Szczerze? Ciekawi, ale nie jestem zdolna zachowywać się jak Sherlock.
- Sprawdzę co tam się dzieje. Ostatni raz!- wstał z krzesła.
- Ani mi się waż.- zagrodziła mu drogę swoim ciałem.
- Kobieto!- złapał ją za ramiona i przesunął.- Bo nie zasnę. Wrócę niedługo.- zamknął za sobą drzwi.

Carlito szybko przedostał się na drugą stronę. To, co działo się w salonie, nie było dostępne jego oczom, ponieważ wewnętrzne drzwi od korytarza były zamknięte. Już chciał zapukać kiedy do jego uszu doszły podejrzane dźwięki. Przyłożył głowę i nasłuchiwał.
Jezu, co tam się dzieje?- zadał sobie sam pytanie w myślach kiedy tego słuchał.
- Szybciej, szybciej!- odezwał się nieznajomy.
- Staram się!- jęczał James.
- Pchaj mocniej!
- Yaaach!- sapał szatyn.- Wykończysz mnie…
Carlos nawet nie zauważył kiedy jego usta mogłyby robić za karmnik dla ptaków. Szybko zamknął usta. Nie mógł słuchać tych jęków, stęków i sapań. Nie chciał im przeszkadzać, ale nie wiedział dlaczego zapukał. To było silniejsze od niego . Poczuł się z tym źle.
- Kto to?- znów usłyszał głos tajemniczej postaci z salonu.- Ktoś puka. Doprowadź się do porządku. Jak ty wyglądasz? Schowam swój sprzęt.
- Nie chowaj.- odpowiedział James, który powoli zbliżał się do wejściowych drzwi. Carlos to czuł.- Przecież jeszcze nie skończyliśmy. Zaraz wrócę do ciebie.- po chwili przed Latynosem pokazał się szatyn. Miał na sobie spodenki i koszulkę założoną na lewą stronę. Był cały spocony, jeszcze nawet sapał.
- Carlos. Co ci jest?- spytał go James kiedy zobaczył bladą twarz przyjaciela.
- Nie przeszkadzam?- przyłożył sobie dłoń do gardła, które zaczął masować.- Masz gościa…
- No tak. Wejdź. Poznasz mojego…
- Nie.- urwał mu szybko.- To nie jest odpowiedni moment.
- Daj spokój. Dave chciałby cię poznać. Dużo opowiadałem mu o tobie.- oparł się o framugę drzwi. Spojrzał na siebie.- O! Haha! Założyłem koszulkę na odwrót. Ściągałem ją szybko, nawet nie zauważyłem.- uśmiechnął się.
- Przyjdę innym razem, a wy kontynuujcie… yhm, spotkanie.- machnął ręką.
- Chcesz się przyłączyć?- zaoferował James. Te słowa spowodowały, że Carlos znów odwrócił się w jego stronę, bo powoli zmierzał w kierunku swojego mieszkania. Wybałuszył na niego oczy.
- Co? Słucham? Ja mam żonę!
- A co Alexa ma do tego? To nic złego, raczej ci nie zabroni. Trochę swobody. Jak będzie cię tak ograniczać to nigdy nie skorzystasz z życia. Kto wie? Może ci się spodoba.
- No nie wiem jakby zareagowała na coś takiego. Co ty mi w ogóle proponujesz?! Jesteś obleśny.- skrzywił się.
- Ja? O co tobie chodzi?
- A tobie o co? Myślisz, że nie wiem co ty i ten twój Dave tam wyprawiacie?- założył ręce.
- Słucham?- James podniósł wysoko brwi.
- Zostałeś gejem?- spytał go bez ogródek.
- Kim?- pisnął James. Nie uzyskał odpowiedzi. Wpatrywał się w Carlosa, a jego słowa jeszcze raz obiły mu się o uszy. Połączył fakty, a następnie wybuchł niekontrolowanym śmiechem.
- Słyszałem te wasze igraszki. Z czego się tak ryjesz? To nie jest śmieszne!
- Z ciebie patafianie. Dave!- James zawołał gościa.- Dave, chodź tu!
- Tak?- po chwili przed Carlosem ujawnił się czarnoskóry brunet. Wysoki i umięśniony. Patrzył na Latynosa swoim przenikliwym spojrzeniem z piwnymi tęczówkami. Przyjrzał się przyrządowi, który ściskał w ręce. To była ta lina, którą wcześniej widział u Jamesa. Okazała się skakanką. Zerknął do środka gdzie rozstawiony był sprzęt do ćwiczeń.
- Dave, poznaj Carlosa. O nim ci opowiadałem.- przedstawił ich szatyn.
- Siema!- powiedział Dave i podał Carlosowi rękę. Ten niepewnie ją uścisnął.
- Carlos. To Dave. Jest moim osobistym trenerem. Właśnie robiliśmy ćwiczenia i…- James urwał. Nie mógł przestać się śmiać.- Sorry, nie mogę.
- Co ci jest?- spytał go Dave.
- Wiesz co? Może faktycznie koniec na dziś. Możesz schować swój sprzęt.- odpowiedział z uśmiechem na twarzy. Trener posłusznie wrócił do mieszkania.
- Jezu…-mruknął Carlos.- Ale mi głupio.- wbił wzrok w jego stopy.
- Normalnie bym się obraził za tego geja, ale jestem po winie. Dave ma problemy rodzinne, więc się najpierw wyżalił. Nie było nic innego prócz wina.
- I tak wieczorem się spotykacie?- spytał niepewnie.
- Normalnie to ja przyjeżdżałem niedawno do niego, bo to on ma cały sprzęt. Ha ha! Ale sprawy się pokomplikowały i tak wyszło. Szkoda, że nie widziałeś swojej miny gdy ci niby proponowałem trójkąt z Davem.- położył rękę na brzuchu, aby uspokoić się od śmiechu.
- Weź nikomu tego nie opowiadaj…- Carlos kopnął mały kamyczek.
- Zastanowię się. Dawno mnie tak nie rozśmieszyłeś.- powiedział James. Carlos odwrócił się na pięcie i poszedł bez słowa.- Dokąd idziesz? Nie chcesz sprawdzić jak duży jest sprzęt Dave’a?
- Weź się już ze mnie nie nabijaj!- krzyknął Carlos, który był już pod swoim domem. Trzasnął drzwiami i zniknął mu z oczu.
- I co?- naskoczyła na niego Alexa.- Wyjaśniło się?
- Tak! Ma na imię Dave!- powiedział naburmuszony zamykając się w łazience.
- Ale co z nim?- nie doczekała się odpowiedzi.- Carlos!
Po tej wpadce Latynos już nie ośmielił szpiegować Jamesa.



ROZDZIAŁ 98


Logan właśnie wrócił do domu. To był ostatni dzień pracy BTR. Wszyscy to dobrze przemyśleli. Logan, Kendall, James i Carlos postanowili wziąć wolne. Nie jakiś zwykły urlop, raczej przerwę. Z początku umówili się na pół roku. To był pracowity okres, a teraz nadszedł czas, aby zwolnić tempo i zająć się sobą. Brunet rozmyślał w jaki sposób spędzić wolny czas ze swoją żoną. Pomyślał o podróży gdzieś daleko, na drugi koniec świata, gdzie nikt ich nie znajdzie. Odwiesił kurtkę na haczyku. Rozejrzał się po mieszkaniu.
- Marla! Wróciłem! Gdzie jesteś?- jego głos rozniósł się po całym domu.
- Tutaj…- zeszła po schodach. Ubrana była tylko w szlafrok. Miała mokre włosy. Logan pomyślał, że najwyraźniej dopiero co brała kąpiel.
- Mam dobre wieści.- uśmiechnął się.- Od dzisiaj masz mnie całego dla siebie.
- Już to załatwiliście?- odpowiedział jej tylko kiwnięciem głowy.- To super. Ostatnio miałeś dla mnie tak mało czasu…- przybliżyła się i go pocałowała.- Chyba czas to nadrobić.
Pchnęła go na kanapę i jak zgłodniałe zwierzę, rzuciła się na ofiarę.
- Czym- mnie jeszcze- zaskoczysz?- wpychał słowa między pocałunki.
- Zobaczysz.- zaczęła ściągać z niego koszulkę. Nagle jego telefon zaczął dzwonić.- No odbierz. Ktoś się dobija do ciebie.- Logan wziął komórkę. Kiedy spojrzał kto do niego dzwoni, zdziwił się.
- Mama?- spytał brunet.- Oczywiście, że jestem zajęty.- puścił oczko do dziewczyny.- Ale dla ciebie zawsze znajdę czas… Więc o co chodzi?... Jaka sprawa?... Elena? Ta, Elena?... Nie, no skąd…Aha… A ona nie ma do mnie numeru?... Cała ona…Kiedy?... No nie… No dobrze, wiem… Ok.- rozłączył się i głośno westchnął.- Możesz już kontynuować.
- A-a!- zaprzeczyła.- Najpierw mi powiedz o czym rozmawialiście.- odrzekła wciąż na nim siedząc.
- Moja kuzynka Elena przyjeżdża do LA. Spytała się czy nie mogłaby tutaj się u nas zatrzymać. Nie zna tu nikogo prócz mnie.
- Ta Elena, która nie przyszła na nasz ślub, bo złamała wtedy nogę?- zahaczyła pamięcią o tamte czasy.
- Właśnie ta. Znalazła tutaj pracę. Wyręczyła się moją matką.- westchnął.- Ma przyjechać pojutrze. Może się u nas zatrzymać?
- Oczywiście, że tak. W końcu będę miała okazję ją poznać.- uśmiechnęła się i wróciła do pierwotnego zajęcia.

Leżeli razem na kanapie dysząc. Marla ubrała się w szlafrok, pocałowała go w policzek i poszła przywrócić fryzurę do stanu używalności. Kiedy wróciła, Logan ani drgnął. Zastała go w takiej samej pozycji jak poprzednio, ale teraz półnagiego. Jednak tym razem była jakiś zamyślony i niedostępny. Musiał o czymś namiętnie myśleć. Wpatrywał się zamglonym wzrokiem w sufit.
- Co ci chodzi po głowie?- przysiadła się.
- Elena…- westchnął ponownie.- A może poproszę Jamesa żeby ją…
- O nie, nie!- wtrąciła.- Nie pozwolę twojej kuzynce mieszkać u Jamesa. Zwariowałeś? Chcę ją poznać. Opowiedz mi coś o niej.- szatynka zdziwiła się, że chłopak z taką krzywą miną przyjmie te słowa. Nie wyglądał na zadowolonego.
- W sumie odkąd skończyła liceum to jej nie widziałem. Studiowała architekturę, więc pewnie z tym jest związana jej praca. Nie wiem nawet ja on teraz wygląda…
- No bez przesady. Nie mogła zmienić się nie do poznania.
- Eee można? Od zawsze eksperymentowała ze swoim wyglądem, bo ma dużo kompleksów. Miała chyba już każdy kolor włosów, serio. Często w dzieciństwie narzekała na swój wygląd. To, że ma grube uda albo oponkę na brzuchu, a przede wszystkim krzywe zęby. Była jednak zbyt leniwa żeby coś ze sobą zrobić. Umiała tylko narzekać. A teraz jest panią architekt. Śmieszne, nie?
- Chyba nie wyglądała tak źle…
- No w tym tkwił problem, że wyglądała normalnie. Wyolbrzymiała wszystko. Nie było rozmowy kiedy by to ona nie mówiła jak to ona źle wygląda. Już nawet nie miałem sił żeby zaprzeczać.
- Coś niemiło ją wspominasz.
- Bo to jest potwór, nie człowiek. Dobrze, że chłopaki jej nie poznali. Znęcała się nade mną, biła, wyzywała, dręczyła. Mam wymieniać dalej?- spytał.- A teraz ma tutaj zamieszkać. Ja nie wiem czy z nią wytrzymam, bo zawsze kiedy się spotykamy, choć dochodzi do tego dość rzadko, to są z nią kłopoty. I ostrzegam cię, też możesz je z nią mieć.
- Daj spokój.- machnęła ręką.- To było kiedyś. Ile ona ma lat? Jest chyba w wieku Kendalla i Jamesa, co?- potwierdził.- Czym ty się więc przejmujesz?
- Im starsze to tym gorsze.- wstał.- Idę pod prysznic.






* No więc poznaliście tę jakże skrywaną tajemnicę kim jest Dave :P Mam nadzieję, że pierwszy rozdział trochę Was rozbawił. A w drugim dałam już sporo informacji dotyczących nowej postaci, która pojawi się w kolejnym rozdziale. Elena będzie miała w sobie to coś :D
Nie pytajcie mnie czemu skleiłam dwa rozdziały. To widać. Spójrzcie tylko na rozdział 98. Najkrótszy rozdział tutaj ever!!! Nie chciałabym wstawić takiego świstka w sobotę. Muszę w końcu naprawić te błędy przy dzieleniu tych rozdziałów.
Tymczasem zapraszam Was na pierwszy rozdział na moim nowym blogu. Na tłincie jak to mówi Dark Bunny :P I do soboty :*





sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 96

Następnego dnia Kendall odebrał Jo ze szpitala. Nie odzywała się ani słowem. Bał się, że wpadła w jakąś depresję, choć lekarz wcześniej przekonywał go, że to nie to. Jo po prostu cierpiała po stracie dziecka jak każda matka w tej sytuacji. Mu też było przykro. Całą winę zwalał na siebie. Gdyby nie śmierć ojca i ta choroba nie spowodowała, że ucieknie, to Jo nic by nie było. Przez niego zamartwiała się i źle to wpłynęło na ciążę. Od ginekologa dowiedział, że powstały jakieś komplikacje, ale on wiedział swoje. Bał się, że choroba miała jakiś wpływ na płód. Nie wie czy kiedyś będzie tak jak dawniej. Zastanawia się czy Jo nie ma do niego żalu o to jak głupio postąpił. Z pespektywy czasu pluł sobie w brodę, że nie postanowił inaczej. Zjadły go problemy i emocje. Niestety jest to sytuacja, której nie da się przywrócić. To się po prostu stało.
Dziewczyna czuła się jakby nie zasługiwała na Kendalla, ponieważ jest możliwe, że po poronieniu będzie miała problemy z zajściem w ciążę. Dawno mu wybaczyła, bo mocno go kochała. Blondyn wolał na razie oszczędzić jej prawdy. I tak nie czuła się najlepiej.
Jednak nie mógł ukrywać tego w nieskończoność. Obiecał sobie, że kolejnego dnia powie jej prawdę, Przez tą tragedię nie miał okazji powiedzieć jej o tym co ostatnio działo się w w jego życiu, ale najpierw musiał odwiedzić swojego lekarza, Nie chciał tej wizyty.
- Dzień dobry.- wszedł do gabinetu.
- Witam pana. Proszę usiąść.- wskazał na krzesło przed jego biurkiem.
- Panie doktorze, co teraz ze mną będzie? Ile ja będę żył?
- Panie Schmidt.- zdjął okulary z nosa.- Chyba się nie zrozumieliśmy, prawda? Badania wykazały oczywiście u pana tę chorobę, ale jest pan jej nosicielem. W pana przypadku jest to choroba utajona.
- Co to znaczy?
- Najprościej mogę to panu wytłumaczyć, że ma pan ma w sobie tę chorobę, ale na nią nie choruje.
- Czyli mogę z tym normalnie żyć?- ożywił się.
- Oczywiście.- potwierdził.- Musi pan tylko pamiętać, że gdyby się pan kiedyś zdecydował na dzieci to musi wziąć pod uwagę, że syn będzie mógł być chory.
- Syn?- zmarszczył brwi.
- Tak, Tę chorobę dziedziczą mężczyźni. Wiem, że może dla pana genetyka nie jest do końca zrozumiała, ale musi mi pan po prostu uwierzyć na słowo.
- Oczywiście, Bardzo się cieszę. To zmienia wszystko.- uśmiechnął.
- Więc myślę, że to wszystko. Zabrałem od pana potrzebne dokumenty, pan też wie wszystko, więc to powodzenia.
- Bardzo dziękuję. Do widzenia.- wyszedł stamtąd jako zupełnie inny człowiek.

Wieczorem leżał w łóżku czekając na Jo kiedy wyjdzie z łazienki i jednocześnie zastanawiając się co zrobić, aby pomóc jej o tym wszystkim szybko zapomnieć. Spojrzał na gitarę, która leżała w kącie. Przypatrywał się jej tak długo póki z tych rozmyślań nie wyrwała go blondynka. Położyła się obok niego. W ciszy leżeli tak z dziesięć minut.
- Jo? Dlaczego nie śpisz?
- Nie mogę zasnąć…
- Jak się czujesz?
- A jak mam się czuć? Straciłam dziecko.
- Przepraszam. To moja wina. Przeze mnie tak się denerwowałaś i twój organizm nie wytrzymał. Nigdy tego sobie nie wybaczę.- złapał ją za rękę.
- Czyli ty cały czas chciałeś to dziecko?- zabłyszczały jej oczy.- Myślałam, że…
- To źle myślałaś. Po prostu byłem w szoku. A potem nie było okazji żeby ci powiedzieć. Chodzisz przybita cały dzień. Płaczesz po kątach i myślisz, że ja o tym nie wiem. Mój ojciec nie żyje i jakoś tak się złożyło.
- Jak to?- rozwarła usta.- Tak mi przykro.
- No sprawy poszły za daleko. Za dużo było już na mojej głowie. Nie podołałem, ale wiedz, że cię kocham.
- Ja ciebie też.- przytuliła się do niego.
- Muszę ci coś powiedzieć ważnego. Sądzę, że powinnaś o tym wiedzieć. Sam dowiedziałem się o tym niedawno i byłem w szoku.
- Co się stało?- spojrzała na niego zmartwionym wzrokiem.
- Jestem nosicielem choroby genetycznej.
- Co?!- wyprostowała się natychmiast.- Żartujesz sobie ze mnie?
- Nie żartuję. Mam wyniki badań kurtce. Ale spokojnie. Nie będę na nią chorować. Po prostu ją mam.
- Niewiarygodne. A co to za choroba?
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć.- wzruszył ramionami.- Coś z krwią jest nie tak. Robią się w żyłach jakieś zatory. Nie.. nie rozmawiajmy o tym.- pokręcił głową.
- Jezu, Kendall...- mocno go do siebie przytuliła.- Nie miałam pojęcia. Gdybym wiedziała co cię wtedy spotkało... Nie chcę cię stracić. Nie darowałabym sobie tego.
- Gniewasz się na mnie?
- Jeszcze wczoraj powiedziałabym, że tak. Ale teraz zupełnie cię rozumiem.- położyła głowę na poduszce.
- A może…
- A może co?- podniosła brwi.
- Może spróbowalibyśmy się jeszcze raz o dzidziusia, co?- zapytał słodko Kendall.
- To miłe, ale ja chyba nie jestem jeszcze na to gotowa.
- Rozumiem. Ale gdybyś zmieniła zdanie to wiesz gdzie mnie szukać.- uśmiechnął się.
- Chcesz mieć nieślubne dziecko?- spytała trochę podejrzliwie.
- A więc o to też chodzi…- westchnął.
- No wiesz. Logan i Marla są szczęśliwym małżeństwem, a Carlos i Alexa po ślubie czują się jak najlepsi kochankowie. A ty nie myślałeś kiedyś nad naszą przyszłością?
- Wiele razy.- odpowiedział szybko.
- I?
- Spieszy ci się bycie moją żoną?- spytał.
- Nie, to nie jest najważniejsze. Jednak gdy ludzie decydują się, aby spędzić ze sobą resztę życia to biorą ślub.
- A chciałabyś zostać moją żoną?- spojrzał na nią z wymalowanym uśmiechem na twarzy.
- Przecież nie musisz nagle… nie zmuszam cię.
- Ale ja nie żartuję!- podniósł się.- Ja mówię poważnie. I nie było to pytanie tylko oświadczyny.
- Kendall?- też podniosła głowę z poduszki.- Mówisz poważnie?
- Może spodziewałaś się czegoś innego…- podrapał się po głowie i rozejrzał po sypialni.- Czekaj!- wstał i sięgnął po gitarę. Wrócił na łóżko i zaczął grać.- O! Jo, słodka Jo! Ty jesteś moją miłością. Ty jesteś moją wybranką. Serce oddam ci me.- dziewczyna zaczęła się śmiać. Przestał śpiewać.- No trochę się nie rymuje.
- Była urocza.
- Nie mam teraz pierścionka, ale obiecuję, że jeszcze jutro go kupię. Zrobię ci niespodziankę, o której nie będziesz wiedziała i…- plasnął się w czoło.- Powiedziałem to?- Jo się zaśmiała.- No to się zdradziłem. To taki pozytywny stres. Jo? Zostaniesz moją żoną?
- Tak, Kenny! Tak!- rzuciła mu się do szyi.
- Dopóki nie masz pierścionka musimy to jakoś inaczej przypieczętować.- powiedział, a następnie złączyła się w pocałunku.

Kendall tak jak obiecał, następnego dnia zabrał Jo na wykwintną kolację. Spędzili razem romantyczne chwile. W końcu nadszedł moment kiedy chłopak klęknął przed nią wypowiadając tylko pięć słów: Udawaj zaskoczoną. Zostaniesz moją żoną? Blondynka jeszcze raz doznała zaszczytu powiedzenia tak. Po kolacji poszli do przyjaciół ogłosić im dobrą nowinę.







* Sądzę, że popełniłam błąd. Nie wiem jak ja dzieliłam ten cały tekst na wordzie. Chyba tak jak był oryginalnie oddzielony myślnikami. A te rozdziały ( sprawdzałam tak do 106) są krótkie. Tylko jeden jest normalnej długości :/ Czuję się winna, bo czekaliście, czekacie i będziecie czekać jeszcze na takie porządne czytanie... Jednak kolejne rozdziały są takiego pokroju jak te. No sorki. Przetrwacie to.
Wiecie, że najgorzej się czuję po wstawianiu takiego rozdziału? Wy możecie mieć tylko żal, a ja wyrzuty sumienia. Zobaczymy co z tym będzie.
Jeszcze jedna taka wiadomość. Zamierzam zredukować publikację do jednego rozdziału tygodniowo od następnego tygodnia do Nowego Roku. A może Wy nie chcecie? Uświadomcie mnie, bo nie wiem.
Do środy :*

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 95

Ten dzień z samego rana nie wyglądał na najlepszy. Niebo pokryło się w gęstych chmurach. Deszcz to tylko kwestia czasu. Marla nie spała przez całą noc. Rozmyślała o Kendallu. Teraz wszystko miało się wyjaśnić. Czy będzie tak jak dawniej? Czy będzie zdrów?- ciągle zadawała sobie te pytania. Nadal nie wiedziała jednak gdzie przez ten czas się ukrywa. Skoro tyle jej powiedział to mógł przynajmniej też o tym wspomnieć. Logan zauważył jej nieobecność. Gdy chodziła z kąta w kąt, wyglądała jakby myślami była gdzie indziej. Nie chciał nawet pytać dlaczego, bo domyślał się. Dzisiejszy dzień wraz z Jamesem chce spędzić z Jo. Carlos i Alexa wyjechali na dzień do rodziców dziewczyny.
- No nie wytrzymam!- wybuchł w końcu.- Odezwij się. Powiedz coś. Od wczoraj chodzisz jakbyś zajrzała śmierci w oczy!- na te słowa spojrzała na niego. Brunet przestraszył się, że te słowa podziałały. Nie chciał żeby to była prawda.- Co się z tobą dzieje?
- Ze mną? Nic. Naprawdę. Nie martw się o mnie.
- Za kogo ty mnie masz? Wiem, że coś ukrywasz. Znam cię bardzo dobrze…- przytulił ją mocno.
- Chciałabym ci powiedzieć, ale nie mogę. Rozumiesz?- przytaknął.- Dałam słowo.- spojrzała na zegarek.- Muszę iść.
- Gdzie?
- Idę przyprowadzić Kendalla do domu.- zamknęła za sobą drzwi nie oczekując na reakcję męża.
Wsiadła do samochodu. Powoli zaczął kropić deszcz. W LA taka pogoda to rzadkość, a była przyzwyczajona, że zazwyczaj jak jest taka pogoda to dzieje się coś złego. Może to tylko zbieg okoliczności, ale w jej przypadku tak jest. Gdy pada deszcz, coś złego wisi w powietrzu. Przypomniała sobie jednak, że niedawno wypiła trochę alkoholu dla rozluźnienia. Jęknęła pod nosem, wysiadła z auta i ruszyła pieszo pod parasolem.
Wkrótce była już na miejscu. Marla poszła szpitalnym korytarzem, tą samą drogą co wczoraj. Blondyna jeszcze nie było. Nerwowo ścisnęła czasomierz na jej nadgarstku. Nie lubiła gdy ktoś się spóźnia. Nawet jak był to Logan. Po chwili zjawił się. Pomachał do niej. W ręce trzymał kopertę. Ściskał ją w dłoni jakby była warta milion dolarów. Jednak nie z takim entuzjazmem. Był przejęty i zdenerwowany.
- Hej, Kend. Masz już wyniki?
- Tak.- podniósł kopertę.- Właśnie je dostałem.
- Na co czekasz? Otwieraj!- cała drżała z emocji.
- Boję się i trzęsę jak glizda. A może ja nie chcę wiedzieć co tam jest napisane?- skrzywił się.
- Ja mam to zrobić?- wyciągnęła rękę w jego stronę.
- Nie. Muszę zobaczyć to na własne oczy.- wziął głęboki wdech. Oparł się na wszelki wypadek o ścianę i wziął się za otwieranie wyników czterodniowych badań. Wyjął delikatnie nieskazitelnie białą kartkę. Trzymał ją w ręce jakby trzymał mokry papier pilnując, aby się nie rozpadł. Rozłożył ją, a jego wzrok spuścił się w małe literki. Marla próbowała coś wyczytać z jego twarzy. Kendall rozwarł wargi. Powoli zsuwał się po ścianie w dół. Schował twarz w dłoniach. Zaczął się trząść bezgłośnie. Nie wiedziała czy się śmiał czy płakał.
- Kendall? Co tam jest?- nic nie odpowiedział. Dziewczyna podniosła wyniki z ziemi, które wyleciały mu przed chwilą z ręki. Marla pogrążyła się w druku.- Jesteś... nosicielem.- zamilkła. Zupełnie nie wiedziała jak zareagować. Była w szoku. Kendall uniósł głowę. Miał taki wyraz twarzy jakby już nigdy nie miał zasmakować szczęścia. I jeszcze te zaczerwienione oczy...
- Umieram.- rozpłaszczył się pod ścianą całkowicie.
- Przestań!- gdy to mówiła, drżał jej głos. Też była wstrząśnięta, ale nie chciała tego po sobie poznać.- Nawet tak nie mów. Zaleczysz to. Walcz o swoje życie, bo masz dla kogo żyć. Pomyśl w końcu o swoich bliskich. Przyjaciele, rodzina, a przede wszystkim Jo powinna wiedzieć. Powinna wiedzieć w końcu  to choroba genetyczna. Ona musi wiedzieć, ponieważ ono też może być chore. Nie masz innego wyjścia.
- Teraz nie wiem czy bym potrafił.- podniósł się niedolnie i otrzepał.
- Kendall.-spojrzała mu prosto w oczy.- Nie bądź takim egoistą jakim był ostatnio James. Jedziesz ze mną teraz do Jo.
- Ok.- przytaknął. Najwyraźniej te słowa podziałały.
- Wszystko będzie dobrze.- powiedziała będąc już w jego samochodzie.
Znaleźli się na drodze. Kendall zerknął na nią.
- Zapnij pasy.- poinstruował.
- Dobrze…- już chciała złapać za pasy kiedy zadzwonił jej telefon.- Logan dzwoni.- odebrała.- Słuchaj Hendi… Co?- podniosła głos na całe auto. Kendall nie wiedział co się dzieje.- Jesteście teraz u Jo? Co jej się stało? Już tam jedziemy!- rozłączyła się.
- Co się dzieje?- zdenerwował się kiedy usłyszał imię swojej dziewczyny.
- Jo zamknęła się w łazience i płacze. Logan mówi, że krwawiła.
- Co?!- natychmiast przyspieszył. Chciał dostać się do niej jak najszybciej. Wybrał dłuższą drogę, ale ta nie była zakorkowana. Pędził po szosach gorzej niż Logan. Z piskiem opon skręcał w uliczki. Marli serce podskoczyło do gardła. Źle się poczuła.
- Kendall! Uspokój się! Jedź ostrożnie!- złapała się jego ramienia. Zupełnie zapomniała o pasie, który kazał jej zapiąć.- Chcesz nas pozabijać?- Nie reagował na te słowa.- Słyszysz co mówię?! Zatrzymaj się! Piłam alkohol, jest mi niedobrze!- wtedy na nią spojrzał. Była cała blada. Z tego zagapienia wyrwała go dziewczyna.- Kendall!- wskazała palcem na ulicę. Ciężarówka jechała wprost na nich.
- Cholera!- krzyknął i nerwowo zaczął kręcić kierownicą. Szatynka krzyczała. Wjechali w poślizg na mokrej drodze. Auto przejechało przez chodnik i z hukiem walnęło w drzewo. Marla pod wpływem uderzenia, uderzyła czołem w półkę od strony kierowcy. Zakręciło jej się w głowie. Ostatnimi siłami nacisnęła na klamkę i wypadła z samochodu na chodnik. Straciła przytomność.

Obudziły ją kropelki deszczu, które uderzały ją w twarz oraz zapach dymu. Kendall kucał nad nią. Nie wiedziała czy płakał czy to był tylko deszcz. Ledwo kontaktowała. Blondyn pomógł jej wstać. Po ciężarówce nie zostało śladu. Chyba nic się nie stało. Po prostu odjechała dalej. Gorzej było z autem Kendalla. Przód był cały rozwalony. To teraz się nie liczyło.
- Co ja zrobiłem?- złapał się za głowę. Siedziała na trawie chwiejąc się lekko na boki.- Przepraszam! Strasznie przepraszam!- przytulił ją.
- Pomóż mi wstać.
- Musimy jechać z tobą do szpitala. Krwawisz…- spojrzał na jej czoło. Ona nie zwracała na to uwagi.
- Nic i nie jest. Logan mi pomoże. Pomóż mi.- wyciągnęła ręce. Przyjaciel pomógł jej wstać.
- Jestem kretynem.- strasznie to przeżył.
- Auto działa?
- Ch-chyba tak.- pokręcił głową.
- Jedźmy już do Jo.- jedyne czego teraz chciała to zjawić się tam. Nic innego się nie liczyło. Kendall pomógł jej wsiąść. Osobiście zapiął jej pas. Pojechali ostrożnie na Sunset Drive.

Po chwili znaleźli się pod jego domem. Blondyn wziął Marlę na ręce i zaniósł do mieszkania. Kopnął mocno w drzwi wejściowe, aby ktoś otworzył mu drzwi. Po chwili ich oczom ukazał się Logan. Doświadczył podwójnego szoku. Pierwszy dlatego, że Kendall się w końcu znalazł, a drugi, że na rękach niósł ledwo przytomną Marlę. Na chwilę zapomniał o aferze.
- Kendall? Marla? Co wam się stało?!
- Mieliśmy wypadek.- odpowiedział. Położył szatynkę na kanapie.- To moja wina. Zaopiekuj się nią.- powiedział do bruneta. Ten od razu pobiegł po apteczkę. Kendall wbiegł po schodach do łazienki. Przy drzwiach stał James.
- Kendall!- krzyknął James. Też był w szoku. Spojrzał w jakim fatalnym stanie jest przyjaciel.- Co ci się stało?
- Nie teraz.- popchnął go, aby dostać się do drzwi od łazienki.- Jo!- walił w drzwi.- Jo!
- Kendall?- jej załamany głos odezwał się zza drzwi.
- Tak, to ja!- przyłożył głowę do łazienkowych podwoi.- Przepraszam…- nie usłyszał odpowiedzi, tylko sam płacz.- Jo! Josephine Taylor, otwórz te drzwi! Proszę…- jego słowa podziałały. Usłyszał jak zamek w drzwiach się przekręca. Wszedł do środka.
- Kendall!- była cała we łzach.
- Matko Boska, Jo!- takiego widoku jeszcze nie widział. Poczuł jak jego ciało wypełnia ból. Poczuł dziwne ukłucie w brzuchu. Skrzywił się. Na podłodze tworzył się szlaczek z krwi prowadzący do muszli, na której siedziała. Na wannie były odciski czerwonej cieczy wraz z jej odciskami palców. Blondynka siedziała zakrwawiona od pasa w dół. Była w strasznym stanie.
- Karetka już jest!- powiadomił zza drzwi James.
- Nie płacz.- kucnął przy niej Kendall.
- Jak mam nie płakać? Poroniłam nasze dziecko!

Karetka zabrała Jo do szpitala i przy okazji Marlę. Logan zabrał Kendalla i Jamesa swoim samochodem. Ponieważ do Jo na razie nie można było wejść, poszli do Marli.
- Jak tam głowa?- zapytał ją James, który wyprzedził Logana.
- Mówiłam, że nic mi nie jest.- wybąkała.
- Kto mógł to wiedzieć. Powinnaś dbać o głowę po tej całej amnezji.- wtrącił zmartwiony Logan.
- Ale kiedy to było?- machnęła ręką.
- Przepraszam.- powiedział ze skruchą Kendall.
- Szybko się obudziłeś!- brunet zmierzył go wzrokiem.- Jak już się zjawiasz po kilku dniach nieobecności to w wielkim stylu.- zironizował.
- Przestańcie!- chciała uniknąć kłótni.- Lepiej powiedzcie co z Jo.
- To wszystko moja wina!- Kendall podszedł do ściany i przyłożył do niej czoło. Ręce założył za głowę. Koszula podwinęła mu się do góry, a rękawy opadły. Logan zauważył, że coś było nie tak. Marla chrząknęła, aby się ogarnął. Do sali wszedł lekarz.
- O, Pan Schmidt? Znów tutaj?- spytał mężczyzna. James z Loganem spojrzeli się podejrzliwie na zielonookiego.
- Panie doktorze?- zaczął brunet.- Ma wstrząs mózgu? Albo coś innego? Pękniętą czaszkę?- martwił się.
- Wszystko jest w porządku.- poinformował go.
- A Jo?- odezwał się James.
- Już można do niej wejść.
- Czy ja też mogę?- odezwała się pacjentka.
- Najlepiej będzie jakby Pani nie wstawała. Wciąż może Pani kręcić się w głowie.
- Aha… Chłopaki. Idźcie do niej. Ty też Logan.- spojrzała na niego.
W szpitalu potwierdziło się, że Jo poroniła. Była zdruzgotana. Logan i James pocieszyli ją, a następnie zostawili ich samych, aby mogli to sobie wyjaśnić. Jamesowi pękała głowa od tego wszystkiego, więc wrócił do domu. Logan wrócił do Marli.

Po piętnastu minutach Kendall wyszedł z jej sali. Jo była bardzo wycieńczona i prawie niezdolna do rozmowy. Logan czekał na niego na korytarzu. Blondyn wiedział, że nie obędzie się dziś bez rozmowy. Z tego wszystkiego James mógł odpuścić, ale nie Logan. Szedł jak na skazanie i przysiadł obok przyjaciela. Blondyn tylko czekał aż się do niego odezwie. Ten jednak przez dłuższy czas patrzył się ślepo przed siebie. Nie wiedział co jest gorsze. Wyrzuty Logana czy jego cisza.
- Musimy poważnie porozmawiać.- odezwał się w końcu Logan. Krzyżował palce u rąk na różne kombinacje.
- Wiem… Dziękuję, że opiekowaliście się Jo kiedy mnie nie było.
- Ktoś to musiał zrobić jak nie ty. Wstydziłbyś się, że Marla za ciebie musiała iść z nią do ginekologa.
- Wiem…
- Nie powtarzaj ciągle, że wszystko wiesz tylko powiedz dlaczego to zrobiłeś.- nadal nie patrzył na niego, ale jego wzrok ze ściany zszedł na podłogę.
- Przepraszam, że was wszystkich zostawiłem, ale to naprawdę nie tak jak myślisz. Musiałem poukładać kilka rzeczy w swoim życiu. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.- wyznał.
- Spróbuj przynajmniej.
- To ciężka sprawa...- urwał.
- Po kolei. Gdzie się podziewałeś, a przede wszystkim…- spojrzał na niego.- Co robiłeś w szpitalu?
- O co ci chodzi?- zastanawiał się skąd to wiedział. Ciekawe czy Marla mu powiedziała?- Jakim szpitalu?- udał, że o niczym nie wie.
- Nie kłam. Widziałem dzisiaj.- podwinął rękaw od jego koszuli gdzie był jeszcze plaster po wenflonie.- A to po czym?- przyłożył rękę do jego boku. Chłopak wiedział, że nie ma po co go oszukiwać. Sam podwinął koszulę i mu pokazał opatrunek.
- No dobra. Powiem ci prawdę.- Kendall opowiedział całą historię tak jak Marli. Logan słuchał ze skupieniem nie przerywając mu.- Zadowolony?
- Dlaczego nikomu nie powiedziałeś?- zmartwił się. Nie był już zły. Miał tylko wyrzuty, że ukrył to przed przyjaciółmi.
- Sam byłem przerażony.
- Nigdy więcej nie ukrywaj takich rzeczy, jasne?- uścisnęli się bratersko na zgodę. Z sali wyszła akurat Marla. Widząc tą scenę, uśmiechnęła się pod nosem.
- Hmm. Hendi i Kendi.- zwróciła swoją uwagę.
- Wracaj do łóżka.- powiedział Logan.- Tu się odbywa męska rozmowa.
- Dajcie spokój, nic mi nie jest. Nie spędzę nocy w szpitalu.
- Jesteś pewna?
- Na sto procent.
- Ja jeszcze zostanę.- poinformował Kendall.
- Trzymaj się.- wstał Logan.- Ty też powinieneś pójść do domu i wypocząć, aby mieć siły na jutro. Musisz się pozbierać.
- Łatwo mówić. Nie będę ojcem.- mruknął blondyn.
- Nie wszystko stracone.- poklepała go po plecach.- I odklej już ten plaster z ręki zanim Jo go zobaczy. Nie będzie ci już potrzebny. Do jutra.
- Cześć…- pożegnali się.







* Wiecie co? Nawet mi się podoba ten rozdział. Ból Kendalla to jest coś co lubię zaraz po bólu Jamesa :D Zaraz wyjdzie, że lubię się wyżywać :P Mam nadzieję jednak, że i Wam się podobało. kto spodziewał się w końcu takiego obrotu spraw. Kiedy to pisałam i wyobraziłam sobie ten moment jak Kendall wbija do domu z buta niosąc Marlę na rękach, cali mokrzy i poszkodowani... to ciary miałam :D Dobra, mniejsza o to. Zamykam się :)
Do soboty :*






sobota, 29 listopada 2014

Rozdział 94

Marla zatrzymała się przed ostatnimi drzwiami. Czuła suchość w gardle. Jeszcze raz rozejrzała się po podejrzanym korytarzu oddziału diagnostycznego. Oddychała coraz szybciej. Poczuła się jak w scenie z horroru kiedy główny bohater chce otworzyć drzwi, choć wie, że za nimi może kryć się coś strasznego. Przełknęła nerwowo ślinę. W końcu odważyła się nacisnąć na klamkę. Drzwi się uchyliły. W niewielkiej białej sali nie było nikogo prócz jednej osoby. Zamarła na chwilę. Na łóżku siedział Kendall. Nie zauważył jej, bo siedział bokiem na łóżku twarzą do ściany. Był w swoich ubraniach. Miał na sobie ciemne jeansy oraz czarną koszulkę, która dodawała mu mrocznego wizerunku. Nie wyglądał jak pacjent oddziału. Odwinął sobie rękawy. Chciał już wstać i wyjść, ale zobaczył, że Marla stoi w wejściu. Gdy ją zobaczył, podskoczył z wrażenia.
- Kendall?!- pisnęła.
- Co ty tu robisz?- opadł bezwładnie na łóżko.- Jak mnie znalazłaś?
- Przez przypadek.- podeszła do łóżka i stanęła nad nim.- Słyszałam jak plotkują o tobie pielęgniarki. Czy ty jesteś poważny? Jak mogłeś się tak zachować? Wiesz jak Jo się teraz czuje?- nie mogła się powstrzymać, aby nie zasypać go falą pytań, na które od dawna poszukuje odpowiedzi.
- To nie tak…- powiedział załamanym głosem.
- Mężczyźni.- założyła ręce.- Ale po tobie to akurat się tego nie spodziewałam. Myślałam, że jesteś porządnym facetem.
- Dlatego musiałem. Proszę…- ciągle próbował coś z siebie wydusić, ale dalsze słowa stawały mu w gardle.- Nie mów jakim jestem nieodpowiedzialnym durniem, bo to wiem. Nie potrzebuję kolejnego kopa w dupę.
- To o co chodzi? Dlaczego nie dajesz znaku życia? Sorry! Dałeś, ale to sprawy nie rozwiąże. Wszyscy się martwią. Boją się, że coś ci jest , a jednocześnie czują to samo co ja!- próbowała nie podnosić głosu, ponieważ była w szpitalu, ale czasami nie mogła się powstrzymać.
- Wiem, wiem, przepraszam.- spuścił posłusznie głowę. Zdaję sobie z tego sprawę. Proszę, nie krzycz już. Jesteśmy tu gdzie jesteśmy.
- Dobrze. Wytłumacz więc o co w tym wszystkim biega żebym mogła powiedzieć wszystkim, że żyjesz, po to, aby cię ukatrupić.- cała drżała ze złości. Jednak szybko uszła z niej ta złość kiedy przyjrzała się jego twarzy. Poczuła jak jej serce mięknie. W takim stanie go nigdy nie widziała. Nagle zaczerwieniły mu się oczy, spływały z nich łzy.- Ty płaczesz?- zapytała takim głosem jakby sama miała się rozpłakać. Nie mogła znieść tego widoku. Przed nią siedział ten mały blondasek ze zdjęć, bezbronny płaczek. Westchnęła i usiadła obok niego.
- Ten komentarz był nie na miejscu.- pociągnął nosem.
- Przerażasz mnie. Powiedz…
- Pod jednym warunkiem.- spojrzał jej w oczy. Marla pomyślała, że mogła sobie oszczędzić tego widoku.
- J-jakim?
- Nie powiesz chłopakom, Jo, nikomu o tym, że mnie spotkałaś i o tym co mogę ci wyjawić.
- Ale dlaczego? To twoi najbliżsi…- nie rozumiała dlaczego musiała ukrywać to przed nimi. Pierwszy raz poczuła się tak jak on kiedy on ją przejrzał i kazał się przyznać do wszystkiego, a tu nagle taka zmiana.
- Nie jestem gotów. Zrób to.- złapał ją za rękę. Spod rękawa zauważyła jakiś opatrunek. Bała się spytać co to.- Obiecaj mi na swoją dobrą osobę, której można ufać, że nie piśniesz nikomu ani słowa.
- Dobrze.- kiwnęła głową. Chłopak zamilkł.- Kendall?
- Ja umieram.- szepnął.
- Co?- wydusiła z siebie.- Jak to umierasz? Gubię się.
- Nie wiem od czego zacząć.- podrapał się po głowie.- Tyle tego jest…
- Najlepiej od początku.
- Kilka dni wcześniej…- zamknął oczy.- Nie dam rady. Tyle się dzieje teraz w moim życiu. Życiu…
- Spokojnie. Jestem tutaj. Możesz na mnie liczyć.- pomyślała jaki on musi być wrażliwy.
- Dostałem list.- zaczął.- Mój biologiczny ojciec zmarł tydzień temu. Przyczyną śmierci była jakaś choroba. Nawet nie pamiętam jej nazwy. Byłem taki roztrzęsiony. Nie chcę jej nawet pamiętać, bo bym wpadł w paranoję. Zresztą i tak wyrzuciłem go do kosza. Mniejsza o to.- znów urwał. Marla chciała mu powiedzieć, że jest jej przykro, ale nie chciała mu przeszkadzać.- Mimo, że zostawił nas jak byłem mały, to zawsze mnie odwiedzał. Ojciec zaniedbywał się, przez kilka lat nie chodził do lekarzy. Nie ufał im po prostu… Okazało się, że to była choroba genetyczna.- tu znowu urwał.- Bez profilaktyki można na nią umrzeć. Dlatego musiałem skierować się na badania. Być może ja jestem chory i też może mnie to spotkać, bo tego nie leczyłem. Nawet nie wiedziałem.
- Jezu, Kendall.- zeszkliły jej się oczy. Przytuliła go mocno.- Tak mi przykro.
- Był jeszcze taki młody. Odszedł od nas jak miałem lat sześć, ale go kochałem. Być może gdyby dał się przebadać, by żył. Ta choroba jest niezauważalna w początkowym stadium choroby. Dopiero tak średnio po dwudziestu latach mogą pojawić się jakieś objawy.- wytarł oczy.- Mam dwadzieścia cztery lata. Możliwe, że jest to gdzieś we mnie i rozrasta się aż w końcu zabiję. To ostatnie stadium kiedy można to zaleczyć. Tylko czy nie jest za późno.- ścisnął się za brzuch. Przegryzł wargę.- Powinienem już trafić do psychiatryka, bo wariuje i sobie umajam, że coś mnie boli albo coś innego. Tutaj zrobili już ze mną wszystko. Rezonans, USG, pobieranie szpiku, chrząstki, krew… Krew codziennie, więc wenflon noszę cały czas.- podwinął rękaw, aby pokazać to na co Marla wcześniej zwróciła uwagę. Na nadgarstku miał wbity w żyłę mały cypelek z igłą zakręcany na żółty koreczek, a wokół niego specjalny plaster.
- Nie mów tak jakbyś jutro miał umrzeć. Na pewno wszystko się uda. Być może nie odziedziczyłeś tej choroby. Tak też może się stać. To jest genetyka, tu wszystko jest możliwe. Musisz być dobrej myśli.- próbowała go pocieszyć.
- Nie potrafię. Musiałbym być cholernym szczęściarzem, aby wyjść z tego bez szwanku. Boję się zasnąć, bo myślę, że się nie obudzę.
- Przestań.- kończyny miękły jej od jego słów.
- Nie chcę wiedzieć co to jest za choroba. Jeszcze ją wygoogluję i dowiem się nie tych rzeczy co trzeba. Będę sam sobie wmawiał syptomy.- dziewczyna nie wytrzymała i mocno jeszcze raz przytuliła go do siebie.- Auć! Nie tak mocno.- syknął.- Tu jeszcze boli.- wskazał palcem na swój bok, z którego też coś pobierali.
- Skoro stawiasz się tu tylko na badania i nie jesteś cały czas to gdzie się podziewasz?
- O to się nie martw.- nie chciał jej powiedzieć.
- Się porobiło…- westchnęła ciężko.
- I jeszcze ta ciąża. Nie, że ja nie chcę tego dziecka, tak nie myśl. Cieszę się, tylko nie potrafię… Nie mogę powiedzieć o tym Jo. Nie powinna w swoim stanie się mną zamartwiać. Zostanie samotną matką…
- Kendall! Nie mów tak!
- Uciekłem, bo gdybym umarł to lepiej żeby myślała, że ich zostawiłem, znienawidziła mnie i zapomniała. Ułożyła sobie życie na nowo z kimś innym niż zapamiętała mnie na łożu śmierci, przeżywającą to przez resztę życia… Niech mnie znienawidzą. Ja nie potrzebuję troski.
- Jedno ci powiem. Jesteś głupi. Potrzebujesz wsparcia bliskich.
- Nie. Nie możesz nikomu powiedzieć. Obiecałaś…- przypomniał jej.
- Wiem i nie zrobię tego.- powiedziała z ciężkim sercem.- Ty im powiesz.
- Skąd ja to znam?- na chwilę pojawił się łagodny uśmiech. Po chwili znowu zniknął.
- Uczę się od najlepszych.
- Dzięki. Podniosłaś mnie trochę na duchu.
- Nadal uważam, że powinieneś wracać do domu, ale rozumiem cię. A już myślałam, że jesteś zimnym draniem…
- Może i jestem.- przyznał.- Jutro wszystko się okaże. Dostanę wyniki. Od tego papierka będzie zależeć całe moje życie. Lub nie…
- Zmyj z siebie ten pesymizm.- kazała mu widząc jak cierpi.
- Jakie mamy szczęście, że cię poznaliśmy.
- To ja mam szczęście.- uśmiechnęła się.- Przyjdę do ciebie jutro.
- Przyda się wtedy wsparcie.- kiwnął głową.- Będę się już zbierał.
- Właśnie. Przepraszam cię, ale ktoś na mnie czeka. Trzymaj się.- wybiegła z pomieszczenia.

Marla szybko zabrała wyniki i pobiegła do samochodu. Jo wyglądała jakby miała wyjść z siebie. Wsiadła cała dysząc, podała jej kopertę. Powoli to wszystko do niej dochodziło. Jej narzekania obijały jej się o uszy. W drodze ciągle myślała o Kendallu. Jak on musiał ją kochać skoro jest gotowy do takich poświęceń. Chociaż według niej to taki paradoks. W głowie miała mętlik. Chciała szybko wrócić do domu i poukładać to sobie na spokojnie. Odwiozła Jo do domu. Ruszyła do siebie. Martwiła się o Kendalla. Nie chciała, aby stała mu się krzywda. Nie chciałaby go stracić. Jednak gdyby coś mu się stało, nie darowałaby sobie tego.







* I kto by się tego spodziewał. No kto ? :) Co powiecie o Kendallu? Dzisiaj krótko, ponieważ zmachałam się po intensywnych czynnościach fizycznych jakkolwiek to brzmi :P Pewnie już wiecie, że mam nowego BLOGA? Jak ktoś nie wiedział to już wie. Serdecznie zapraszam :) Do środy :*

PS FTS forever <3
Trochę szkoda, że nie każdy kto go czytał skomentował, ale dziękuję tym co się wypowiedzieli :* Jesteście kochani :*

# Translate

# Znajdź rozdział