Wieczorem Kendall z Jo odwiedzili Marlę i Logana. Raz
na jakiś czas umawiali się wspólną grę w karty. Najczęściej był to poker. Tak
było też i tym razem. Najlepszą passę miał zazwyczaj Kendall, choć Logan
upierał się, że dobrze oszukuje. Nie wiedział jak, ale miał zamiar też to
opatentować.
- Komuś dolać soku?- spytała Marla gdy zobaczyła, że
szklanki przyjaciół są puste.
- Ja poproszę.- odezwał się Kendall. Marla kiwnęła
głową i pomaszerowała do kuchni po cały karton, aby nie trudzić się kolejnym
razem.- Hej…- odwróciła się. Za nią stanął Kendall. Przestraszyła się, bo wyrósł jak spod ziemi. Spojrzał na chwilę za
siebie zobaczyć czy nikt ich nie podsłuchuje, a potem znów nawiązał z nią
kontakt wzrokowy.- Jak się czujesz?
- Dobrze, dzięki za troskę.- odpowiedziała nalewając
mu pomarańczowego płynu. Nie musiała pytać, aby się domyśleć dlaczego
przyszedł.- Proszę, tylko nie mów mi, że muszę mu powiedzieć, bo o tym wiem.-
nie wyglądała jakby się cieszyła z tego powodu, jednak po chwili parsknęła
śmiechem.
- Co cię tak śmieszy?
- Nie wiem szczerze. Może to te hormony? Po prostu
przypomniały mi się jeszcze nie tak stare czasy. Kendall jako wujek dobra rada.
Zawsze kazał mówić prawdę. Który to już raz?
- Hmm…- zamyślił się.- Możliwe, że czwarty jeśli
chodzi o takie grubsze sprawy.- wziął od niej szklankę.- Wracajmy do gry, bo
się niecierpliwią.